cały ty – ubogi i syty
tak bezlitośnie niepospolity
a ja – nadmierna i głodna
umiarkowania i zwyczajności

niewylana w formę myśl infekuje
każdy dzień i każdą noc demoluje
z moich rąk leci szkło
z twoich rąk leci szkło

między nami katastrofa
chwilowo pali nas

pytanie komu kto zachodzi za skórę
kto przez powiększające szkło szuka zwady
ani ja
ani ty

nasza piękna katastrofa
tragikomedia
chwilowo pali nas
tragikomedia

Dziś biorę pierwszy oddech
krzykiem – tym, który rozrywa pierś.
Do nóg wpływa krwawa fala,
zielonych świateł estakada.

Stan dusz nie maleje.
Na słuch wybrałam ciebie,
by móc zatańczyć jeszcze raz.
Zatańczyć jeszcze…

Stopy większości naszych myśli
rozgrzeją lukier nieruchomych rzek.
Twój kolor mnie oznacza. Ogniskuje
jak stan, który istniał, zanim zniknął gdzieś.

Stan dusz nie maleje.
Na słuch wybrałam ciebie,
by móc zatańczyć jeszcze raz.
Zatańczyć jeszcze!

Bo my robimy sobie miejsce.
Nowych szans przekazujemy ogień.
Budujemy ciała w zależności od odruchu,
który ma uleczyć nas.

Stan dusz nie maleje.
Na słuch wybrałam ciebie,
by móc zatańczyć jeszcze raz.
Zatańczyć jeszcze!

Stan dusz nie maleje.
Na słuch wybrałam ciebie.
I ten ktoś, kto wywołał mnie
ze stu milionów podniesionych rąk
– to ty.
To ta sama kropla, w której będę się przeglądać…

Chętnie zniknęłabym na miesiąc lub na rok.
Rozdałabym to, co mam, bo powiedz, co ja z tego mienia mam.
Nie pamiętam, jak to jest mieć na cokolwiek czas. Mieć czas…
Chcę wyhamować.

Z moich wad składasz orgiami.
Dajesz mi odpocząć. Nie muszę walić głową w mur.
Rozchmurzasz mnie.
Gdy wpadam w szał, wyrywam własne kartki,
zbierasz je i składasz z nich żurawie origami.

Więc może jednak na jakiś czas weźmiesz mnie do siebie?
W zasadzie, tak daleko przez dwanaście godzin nie chcę lecieć…
Pamiętam, że u ciebie tak od zawsze jest bezpiecznie.
U ciebie nie czuć żadnych ruchów tektonicznych.

Z moich wad składasz origami.
Dajesz mi odpocząć. Nie muszę walić głową w mur.
Rozchmurzasz mnie.
Gdy wpadam w szał, wyrywam własne kartki,
zbierasz je i składasz z nich żurawie origami.

Cenię sobie nasz porządek – coś z niczego nasze.
Gdy inni łakną ładu, nas stabilizuje chaos.
Natura kulturą:
przesiadujemy w brzuchu lasu i słuchamy wiatru.

Nie damy się zwariować. Możemy żyć, jak chcemy.
Wyjechać albo zostać. Nie pompować się pragnieniem
nie naszym, zachłannym.
Możemy być i tu i tam, byle blisko siebie.

Nie damy się zaślepiać pozorami szczęścia.
Wystarczy, że przypominamy sobie, kim jesteśmy.
Blaknie pamięć dawnych zranień.
Antidotum na niepokój to temperatura ciała.
Twojego ciała – sypialni ducha
niepoznane szlaki. Spód tafli oceanu.

Jeśli to konieczne, ozdabiamy strachy,
kiedyś na rozległych polach samotne piktogramy.
W kapeluszach chadzamy wolnym krokiem,
w bosych stopach ziarnom się kłaniamy.

Nie damy się zwariować. Możemy żyć, jak chcemy.
Wyjechać albo zostać. Nie pompować się pragnieniem.
Ekstremalnie blisko z natury jesteśmy,
bezwalutowo i najczulej
z duchowej rezolucji.

dorastamy nielekkim gestem
obijając się o nonsens

nieboskłonu stałość karmi krew
jak tsunami uruchamia sen

jak modlitwa wszystkich dzieci które znam
płynie siła by coraz mniej się bać

i nie zatopi nas pokusa ani strach
a jeśli zerwie dach huraganowy wiatr
ląd nie utonie

jak fastryga trwałej prawdy wzór
rdzawe sito niewymowny głód

skacz kochanie
lecz tylko wtedy kiedy ja będę blisko
nie uciekaj sam

i nie zatopi nas pokusa ani strach
a jeśli zerwie dach huraganowy wiatr
lądu toń ochroni dom

i nie zatopi nas pokusa ani strach
a jeśli zerwie dach huraganowy wiatr
ląd nie utonie

Blask jasnych łun zapada w mat.
Nad parapetem woń piwonii dogorywających godnie.

Wykolejony skład nie próbuje wstać. Odwetu nie chce brać.
Nie wie, że wykolejony jest.

Ewentualnie wiemy. Wiemy, gdzie jesteśmy,
lecz nie mówimy nic.
Żadne z nas nie mówi głośno nic.

To nic nadzwyczajnego milczenia grą podkładać nogę.
Z tylu słów znaczenie mają te nigdy niewypowiedziane.

Nic to, nic nadzwyczajnego – prosta do osamotnienia.
Może to nie wyrok. Może lepiej nie zgadzajmy na to się.

Nie zwalnia z jego przestrzegania nieznajomość prawa.
Dwuosobowy kraj bez niego wolno znika z map.
Nic to, nic nadzwyczajnego.

gramy w podchody
kompasem będzie dziś mój głos
oczy tańczą i sięgają
gdzie nie sięga wzrok

jak ruletka gestów
jak diabelski młyn
uczysz niedopowiedzenia
chłonę aż powieka drży

płoną flary w galaktyce
jak powidoki naszych spojrzeń

mijamy się myślami półsłówkami
taka gra na czas
powiedz co naprawdę myślisz
powiedz ten jedyny raz

płoną flary w galaktyce
jak powidoki naszych nocy

mary-czary płoną flary
w galaktyce
pobite gary

gorzką kroplą przelewasz czarę
co jak lawina tlen odcina mi

płoną flary w galaktyce
jak powidoki dokuczliwych obaw

gorzką kroplą przelewasz czarę
milczeniem krzyczę
pobite gary

Zaginęła korona samozwańczego króla! –
obiegła miasto niepokojąca wieść.
Odwołano wesela, odwołano pogrzeby
dopóki jabłko, dopóki berło nie odnajdą się.

Migruję, migruję.

Żono króla świętego, po co ci grzywny srebra?
Za niejednolitość on grozi, że odeśle cię.
Drogi władco czcigodny, w konsekwencji nadmiaru
twój tron się dławi, tron wpada w turbulencje.

Emigruję, migruję.

Ptaki lecą za morze ciasno kluczem spętane.
Przezwyciężają opór, przezwyciężają ciebie.
Kiedyś byłeś bogaty bez tronu i bez korony,
co spłycają oddech. Spłycają oddech.

Migruję. Imigruję.

Stąpam po wiecznej zieleni,
kładę się w słońcu, kładę się w cieniu.
Oczy przemywam wodą,
zdejmuję warstwy niezrozumienia.

Wołam Ziemię o pomoc,
a kwiaty o trwałość.
Fruną po niebie płomienie
i haczą o siebie celowo znamiennie.

Nie wiem, czy to się zmieni –
przeprowadzki na księżyc, do ciebie.

Bo nie wiem, czy to się zmieni.
Bo nie wiem, czy to się zmieni.
Nie wiem, czy to się zmieni –
przeprowadzki na księżyc. Do ciebie.

Wstaję tak jakby na komendę, jak w nocy na głośny dziecka krzyk.
Rzucam w korytarz ciało zaspane: parę nóg i parę rąk.

Może już nie znam innego świata i boję się, że zostanę w tym.
Próbujesz wyłamać mnie z tej mechanicznej choreografii.

Konsekwentnym celebrowaniem każdego napoczętego dnia
na nowo przywołujesz obrazy tego, czego wyrzekłam się.

Nie mówię nie, może i chcę przylgnąć murem.
Identyfikacyjnie, jak w obyczajowym filmie.

Ustalam współrzędne dla pewności, że ciągle należę do
świata, który dezorientuje roszczeniem zmylającym mnie.

Nocą przewieszam w domu obrazy.

Nie mówię nie, może i chcę przylgnąć murem.
Identyfikacyjnie, jak w obyczajowym filmie.